Okoliczności i pierwsze oznaki powołania Wincentego cz.1

Tertulian, chrześcijanin z pierwszych wieków, powiedział, że „chrześcijaninem nikt z nas się nie rodzi, ale się nim staje”. To samo można powiedzieć o kapłanach: „nikt nie rodzi się księdzem, ale się nim staje”. Innymi słowy, księża mają swoje historie. To nie grzyby, które niespodzianie pojawiają się w katedralnych murach w dniu święceń” – powiedział swego czasu papież Franciszek. W rzeczy samej, Wincenty Alojzy Franciszek Pallotti nie był grzybem, który 16 maja 1818 roku nagle wykiełkował w rzymskiej katedrze. Był człowiekiem swego czasu. Rzymianinem pierwszej połowy dziewiętnastego wieku. Tam i wtedy uczył się wartości, chłonął ducha i budował więzi. W pięciu odsłonach próbowaliśmy zbliżyć się nieco do niego, tak, by wciąż i coraz bardziej stawał się także dla nas, jego duchowych synów i córek, przestrzenią do osobistego wzrostu i uświęcenia. I niech tak będzie!

Chcemy więc bardziej z bliska przyjrzeć się drodze Pallottiego prowadzącej do święceń kapłańskich, które miały miejsce 16 maja 1818 r. Dziś przeanalizujemy pokrótce niektóre okoliczności i pierwsze oznaki jego powołania.

Po pierwsze, powiedzmy dwa słowa o rodzicach Pallottiego. Vincenzo dorasta w rodzinie i środowisku, w którym przygotowywany jest grunt dla łaski. Często powtarza: „Pan dał mi świętych rodziców, miałbym dług wobec Boga, gdybym nie wykorzystał ich świętych nauk”. Jego ojciec, Piotr Paweł, był głęboko religijnym człowiekiem. Wincenty opowiadał, że ojciec co rano słuchał co najmniej jednej Mszy i każdego wieczoru odmawiał z rodziną różaniec. Przyjmował w każdą niedzielę Komunię Świętą i do podeszłego wieku w deszczu czy w słońcu, upalnym latem czy mroźną zimną, szedł codziennie po obiedzie nawiedzić Najświętszy Sakrament.

Jeśli Piotr Paweł był głęboko religijnym człowiekiem, to Maria Magdalena, matka Wincentego, była świętą. Podczas gdy mąż spędzał większość dnia za sklepowym kontuarem, Magdalena zajmowała się życiem rodzinnym. Wincenty tak ją wspomina: „Zawsze polecała męża Bogu, zawsze wierna i zawsze czujna, aby mu pomóc”. Zabiegała poza tym o wychowywanie dzieci: „Zajmowała dzieci tym, co dobre, modlitwą, nauką i pracą, dbając o ich wzrastanie w nauce Jezusa Chrystusa” – zaznacza Wincenty. Bł. Elżbieta Sanna zeznała w procesie beatyfikacyjnym Wincentego Pallottiego, że jego rodzice byli „jak dwoje świętych”.

A teraz słowo o Pallottiego niezrealizowanym powołaniu do kapucynów. „Pragnieniem moim było wstąpić do któregoś z zakonów, gdzie mógłbym coś zdziałać dla większej doskonałości – wyznaje Pallotti jeszcze jako kleryk; ponieważ jednak jak się zdaje, Pan wybrał mnie na to, abym pozostał w świecie, dlatego pragnę czynić – zakładając, że dla chwały Bożej uczyniłbym wielkie rzeczy – zaznacza Pallotti z finezją – co czyniłbym nie tylko w najświętobliwszym zakonie, ale i to co spełniłbym, gdybym był we wszystkich zakonach, i to, co pełniliby wszyscy zakonnicy, gdyby we wszystkich zakonach żyli z doskonałością, i gdyby każdy znajdował się zawsze w stanie żarliwego realizowania swej profesji zakonnej”.

Faktycznie, Wincenty był zdecydowany wstąpić do kapucynów. Jego rodzice byli dobrodziejami klasztoru Zakonu przy via Veneto. Tam, w kościele Santa Maria della Concezione, został pochowany ich 12-letni syn, Franciszek. Również Magdalena, matka Wincentego, spoczęła w tymże kościele. Ona zresztą prowadzała swoich synów do kapucynów. To wówczas Wincenty zasmakował w duchowości franciszkańskiej. Jednak ok. 1810 r., a pomógł mu w tym jego pierwszy spowiednik, ks. Bernardo Fazzini, Wincenty zdecydował się wstąpić w szeregi duchowieństwa diecezjalnego, postanawiając jednak zachować franciszkańskiego ducha. „Był bardziej franciszkański niż franciszkanie” – pisał o nim w 1950 r. jeden z rzymskich dziennikarzy, Egilberto Martire.

Otóż warto sobie uświadomić, że Pallottiemu nie udało się natychmiast pogodzić z tym nieudanym franciszkańskim „planem na życie”. Sporo czasu upłynęło zanim sobie uświadomił, że ta „życiowa porażka”, została napisana Bożym palcem; była Bożym planem wobec niego. Nie wystarczyło, że jego ojciec duchowny oznajmił mu iż „surowy zakon kapucynów jest nie dla niego”. Wincenty tęsknił za zakonami; podziwiał je; zapisał się do Trzeciego zakonu św. Franciszka z Asyżu; pierwsze wychowawczynie z Pia Casa uczynił tercjarkami franciszkańskimi; po nocach nosił kapucyński habit. Sypiał w nim na podłodze. Dopiero kiedy się poważnie rozchorował (w 1839 roku), jego lekarz i drugi z kolei stały spowiednik, zresztą kapucyn, ojciec Serafino da Monte San Giovanni, zabronili mu spania na podłodze.

Kończąc, chciałbym podkreślić dwie rzeczy, które wpłynęły na życie św. Wincentego z punktu widzenia jego „wspinania się” ku ministerialnemu kapłaństwu. Pierwsza, to jego ciągłe zabieganie o pełnienie woli Boga. Już od dziecka poszukiwanie woli Bożej jest dla niego jak jedzenie, picie, odpoczynek,… W liście skierowanym do księdza Francesco Parenti z Cascia, Pallotti tak pisze: „Wola Boga niech będzie naszym jedzeniem, naszym napojem, naszym odpoczynkiem, naszym rajem na ziemi”. A w bardzo trudnym momencie swojego życia, w 1840 r., kiedy ciężko zachorował, Pallotti ze spokojem pisał: „Boże mój, we wszystkim i zawsze niech Twoja najświętsza wola będzie błogosławiona”.

Druga rzecz, jeszcze bardziej imponująca, dotyczy jego ogromnego pragnienia wzrastania we wszystkim i zawsze, podejmując niezbędne środki, by współpracować z pragnieniami Boga. Pallotti, to „człowiek o pragnieniach bez granic” (tytuł Musicalu Pietro Romano z okazji dwusetnej rocznicy urodzin św. Wincentego). Oczywiście, św. Wincenty nie myli pragnienia z potrzebą. Potrafi je odróżnić. Potrzeba ma początek i koniec. Pragnienie jest aspiracją, która nas przekracza i nie determinuje; to brak, który nigdy nie jest w pełni usatysfakcjonowany, to napięcie, rana ciągle otwarta, to bezkresne otwarcie się na wieczność. Dlatego w końcowej modlitwie swojego „duchowego testamentu” Pallotti prosi Boga: „Boże mój spraw, abym zawsze pozostawał w stanie cierpiącego pielgrzyma, którego trawi nieustannie, najgorętsze pragnienie dojścia”.

„Abym zawsze pozostawał w stanie cierpiącego pielgrzyma, którego trawi nieustannie najgorętsze pragnienie dojścia” – modli się Pallotti do Boga. Kiedy rezygnujemy z pragnienia, zaczynamy umierać. Kiedy nie znajdujemy smaku w spotkaniach, rozmowach, naszej pracy, nowych projektach, modlitwie; kiedy nasza ciekawość drugiego zanika – zaczynamy umierać! Być może i my, podobnie jak Pallotti, powinniśmy na nowo odkryć, iż nieskończoność pragnienia jest pragnieniem nieskończoności! Iż zaspokojenia pragnienia winniśmy bardziej szukać w Bogu niż w skodyfikowanej rzeczywistości, gdzie wszystko jest przewidywalne, ustalone i zabezpieczone. W każdym razie uskrzydlające pragnienia to preludium do dojrzewania i wzrostu. Prawo życia to „wzrost”; człowiek, który nie wzrasta – umiera. Tak jest z powołaniem, świętością, ze wszystkim! Świadczy o tym życie i styl życia św. Wincentego Pallottiego. Sobie i wam życzę, byśmy trawieni byli nieustannie najgorętszym pragnieniem dotarcia do celu.

Ks. Stanisław Stawicki SAC

Rzym, marzec/kwiecień 2018 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *